Historia autora

Jan Valášek, DiS., urodził się w grudniu 1994 roku i jest autorem metody 111 Music® oraz kursu Ticho v nás (Cisza w nas). Od dzieciństwa dorastał w Kolínie. Tam uczęszczał na lekcje gry na klarnecie u swojego ojca w tamtejszej szkole artystycznej, w której uczy już od 13 lat. Później studiował grę na tym instrumencie w Konserwatorium Praskim u prof. Milana Poláka. Jego dalsza droga w dziedzinie edukacji muzycznej prowadziła następnie do Akademii Sztuk Muzycznych w Pradze. Tutaj studiował u prof. Vlastimila Mareša i prof. Jiřího Hlaváča. W późniejszym czasie wraz ze swoim ojcem, magistrem Jaromírem Valáškiem, muzykiem orkiestry teatralnej Opery Państwowej, prof. Jiřím Hlaváčem, byłym rektorem i dziekanem Wydziału Muzycznego Akademii Sztuk Scenicznych w Pradze, oraz Marcelą Hanušową Priessnitzową, która na samym początku bardzo pomogła mu w realizacji tego pomysłu, wspólnie opracował, a następnie konsultował tę metodę muzyczną, a później także metodologię pedagogiczną, którą symbolicznie nazwał 111 Music®.

Jednak z powodu kontuzji ścięgien nie ukończył tej szkoły w ostatnim semestrze, ponieważ ból rąk nie pozwalał mu już na intensywne ćwiczenia na klarnecie. W tym czasie w jego głowie zaczęła jednak rodzić się idea całkowicie innowacyjnego projektu, który niesie ze sobą ponadczasową i wyjątkową misję nauczania muzyki wszystkich dzieci za pomocą specjalnej interaktywnej metody. Po 7 latach ciężkiej pracy, podczas której samodzielnie tworzył wszystkie publikacje, nagrania audio, filmy, grafiki itp., pojawił się jeszcze jeden pomysł. Mianowicie pomoc dla wszystkich ludzi, którzy w tych zabieganych i gorączkowych czasach pragną odnaleźć i na nowo odkryć swój wewnętrzny spokój, tzw. uziemić się, uregulować relacje rodzinne lub zawodowe, zrozumieć temat choroby z nieco innej perspektywy, spełniać swoje marzenia i pragnienia, odkryć siłę drzew i wiele innych rzeczy. Mówimy jednak o internetowym kursie rozwoju osobistego, który pan Valášek symbolicznie nazwał "Cisza w nas".

W tym dwugodzinnym kursie, który również samodzielnie stworzył od podstaw do obecnej postaci w ciągu czterech lat, starał się podsumować swoją wyboistą drogę, na której miał okazję spotkać wiele interesujących i inspirujących osób. I choć nie była to łatwa droga, pełna upadków i trudnych podnoszeń się, przypominająca fale wzlotów i upadków, zawsze wierzył w pomyślny cel. Jego zamiar był przez cały czas ten sam. Chciał pomóc jak największej liczbie dzieci i dorosłych na naszej planecie w ich rozwoju osobistym i duchowym. Jeśli tak się stało, to całe to wysiłki miały sens.

Okoliczności, które doprowadziły do ​​powstania całej historii

Do piętnastego roku życia miałem cudowne dzieciństwo, prowadziłem zupełnie normalne życie w otoczeniu kochającej rodziny i do tego czasu nie miałem pojęcia, czym jest świat duchowy; pojęcie to było mi zupełnie obce. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ta metoda pojawi się później. Wróćmy jednak do samego początku. Kiedy teraz spoglądam wstecz na swoje dzieciństwo, widzę, że dostarczyło mi ono pomysłów, tematów i mechanizmów dla metody 111 Music. Jako mały chłopiec dorastałem z rodzicami w małym dwupokojowym mieszkaniu. Zawsze marzyłem o tym, jak to byłoby mieć własny dom z ogrodem, gdzieś na wsi. To pragnienie zostało częściowo zaspokojone przez fakt, że moi dziadkowie mieszkali na wsi, więc do piętnastego roku życia miałem wspaniałe dzieciństwo, odwiedzając babcię i dziadka pociągiem z Kolína do wsi Řečany nad Labem. Później czerpałem z tych różnych sytuacji. To, czego doświadczyłem w swoim życiu, zainspirowało mnie do wprowadzenia tego wszystkiego w życie, ponieważ było dla mnie jasne, że nie tylko ja doświadczam takich rzeczy, ale że jest wiele dzieci, które z pewnością potrzebują pomocy, które nie są wystarczająco silne i nie wiedzą, gdzie się zwrócić w swojej rozpaczy.

W najtrudniejszych chwilach wracałem do wspomnień z dzieciństwa, do wspomnień o mojej babci. W pewnym sensie sprawiało to, że sytuacje, przez które przechodziłem w tamtym momencie, były łatwiejsze do zniesienia. Często siedziałem przy oknie wczesnym wieczorem, patrząc na odległy krajobraz Gór Żelaznych i wspominając, jak jako mały chłopiec podróżowałem tam z dużego miasta, aby odwiedzić moją ukochaną babcię. Oczami dziecka, które nie znało świata, a którego horyzonty kończyły się na najbliższych wzgórzach i łąkach, wyruszałem w podróż pełną przygód. W wieku piętnastu lat bezskutecznie tęskniłem za powrotem do tamtych czasów i zrobiłbym wszystko, aby uniknąć tak nieprzyjemnych problemów psychologicznych. Zamknąłem więc oczy i powróciłem do sytuacji, kiedy w piątki chodziłem z tego miejsca do pobliskiego przystanku autobusowego, skąd autobus zabierał mnie na dworzec kolejowy. Często wiązało się to z uczuciami związanymi z piątkowymi zajęciami, zarówno w szkole podstawowej, jak i w podstawowej szkole artystycznej, gdzie, przypadkowo, mój ojciec uczył mnie gry na klarnecie. Nawet wtedy piątkowe poranki były inne niż wszystkie pozostałe. Przyjechali z przekonaniem, że doświadczę piękna tej cudownej wioski. Będę wdychać poranny zapach czegoś, co znam tylko stąd, ponieważ w mieście jest on tłumiony przez smog z samochodów i fabryk. Przede wszystkim jednak była to pewna wizja wolności, wolności, której po prostu brakowało w mieście. Nieopisane uczucie, które nadawało temu wszystkiemu pewne poczucie bezpieczeństwa, spokoju, harmonii i niekończące się pragnienie wspomnianej wolności.

Dzięki temu byłem w stanie znosić wszystkie nieprzyjemne sytuacje w szkole, nie wspominając już o tym, co przeżywałem psychicznie. Jednak około godziny 16:00 w piątek sytuacja osiągnęła punkt kulminacyjny. Wyjazd dwupoziomowym pociągiem pasażerskim do stacji w Řečany nad Labem. Dzisiaj jest to dla mnie zwykła wieś, ale w tamtym czasie było to dla mnie coś w rodzaju niezdobytego królestwa, do którego nie mogły dotrzeć żadne problemy. Były one daleko stąd, a wszystko pozostało tam z nimi. Dla mnie było to coś w rodzaju raju na ziemi. W dzisiejszym świecie telefonów, sieci społecznościowych itp. wszystko to może wydawać się nieco komiczne, ale w tamtych czasach było w tym coś wyjątkowego. Cały następny tydzień spędzałem na rozmyślaniach o tym, jak będzie wyglądała moja kolejna podróż z zgiełku wielkiego miasta do wsi, aby odwiedzić babcię. Doświadczyłem tam niesamowitych rzeczy. Nie miałem żadnych przyjaciół, za co często mi wyrzucano, ale dziś widzę, że to była najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć. Wszystkie te powiązania z czasem połączyły się, tworząc rodzaj mozaiki, i można powiedzieć, że klucz pasował do zamka. To było uczucie, jakbym dotarł do długo wyczekiwanego celu, wysiadł z pociągu i poczuł się, jakbym wrócił do domu po długiej podróży. Jeśli chodzi o energię, już wtedy dostrzegałem pewne dysproporcje, co było w zasadzie początkiem mojej wrażliwości, gdzie z jednej strony miałem bardzo przyjemne odczucia, a z drugiej strony czegoś brakowało, a może było inaczej.

Nie było poczucia spokoju, co nieustannie zmuszało mnie do działania, więc musiałem ciągle szukać nowych rozwiązań. W tamtym czasie, z nieznanych mi powodów, bardzo interesowało mnie wieczorne niebo. Często wychodziłem wieczorami na balkon, ponieważ w domu nie mieliśmy balkonu, a tutaj był. Siedziałem tam godzinami, po prostu podziwiając piękno. Wywoływało to we mnie pewien spokój, który w tamtym czasie był dla mnie więcej niż wystarczający. Ten spokój był niczym innym jak dostrojeniem się do źródła kosmicznej energii. Jeśli pozwolimy jej naturalnie przepływać przez nasze ciała, nagle znajdziemy się w oazie spokoju w chwili obecnej, tu i teraz. Ale wróćmy do tematu.

Wiesz, trudno to wyjaśnić, kiedy budzisz się w sobotę rano, a babcia nagle przynosi ci śniadanie do łóżka, podczas gdy ty oglądasz poranny program bajkowy w telewizji. Zdaję sobie sprawę, że dzisiejsze młodsze pokolenie najprawdopodobniej poklepie się po czole i pomyśli, że to zupełnie zwyczajna rzecz. W końcu dzisiaj możemy oglądać telewizję w dowolnym miejscu na świecie, nawet na naszych telefonach komórkowych, ale dla mnie wtedy było to coś zupełnie innego. Dzisiaj większość dzieci ma telewizor w swojej sypialni, co w wielu rodzinach jest uważane za normę. Ale mogę powiedzieć, że w tamtych czasach było w tym coś wyjątkowego. To właśnie te niezwykłe wydarzenia, których nie doświadczałem na co dzień, były dla mnie czymś niezwykłym, czymś, na co mogłem czekać przez cały tydzień, mimo że było to coś tak trywialnego i, jak to określa dzisiejsze pokolenie, zwyczajnego jak poranny program bajek w telewizji.

Jednak wraz z upływem godzin i nadejściem niedzieli coraz bardziej uświadamiałem sobie, że ta chwila całkowitego spokoju minie i nie będę miał innego wyboru, jak tylko powrócić do szaleńczego i, jak dla mnie, bezsensownego zgiełku wielkiego miasta. Czułem się jak zupełnie obcy człowiek na wybrzeżu, którego nikt nie rozumiał i który być może przybył z zupełnie innego czasu i przestrzeni. Uczucie powrotu można porównać do pewnej bezradności i pustki, jak wtedy, gdy ostatnie liście wysychają na drzewach jesienią, a wiatr rozwiewa je gdzieś daleko. Kiedy po pewnym czasie rozpocząłem naukę w szkole średniej, miałem okazję w pełni doświadczyć, co to znaczy być prześladowanym przez kolegów z klasy i nie być akceptowanym przez prawie nikogo. Rówieśnicy w ogóle mnie nie akceptowali, wyśmiewali się ze mnie, rzucali moimi rzeczami osobistymi i nieustannie dokuczali mi, na przykład z powodu gry na instrumencie muzycznym, i tak dalej, i tak dalej. W pewnym sensie jestem wdzięczny wszystkim, którzy brali w tym udział, ponieważ dali mi bezcenne doświadczenie, z którego czerpię do dziś, zwłaszcza w metodzie 111 Music.Mianowicie doświadczenie oparte na pewnym stopniu empatii wobec innych ludzi. Do 26 roku życia dorastałem na dziesiątym piętrze dwupokojowego mieszkania w prefabrykowanym budynku. Z okna, które wychodziło na południowy wschód, rozciągał się piękny widok. Widziałem stamtąd Góry Żelazne, Góry Orlickie, ale przede wszystkim elektrownię Chvaletice. Widok ten zawsze wywoływał we mnie poczucie spokoju i harmonii.

Wiele osób z pewnością zapyta, co jest takiego czarującego w zupełnie zwyczajnej elektrowni węglowej. Była ona dla mnie pewnym punktem, który kojarzył mi się z bajką Řečany nad Labem. Często patrzyłem przez lornetkę, czy dostrzegę to miejsce w pobliżu elektrowni, ale bezskutecznie. Pozostałości Gór Żelaznych, które się tu kończyły, były wyższe niż ta lokalizacja. Elektrownia Chvaletice miała dla mnie dwa znaczenia. Była zarówno piękna, jak i smutna. Piękne chwile zapewniała sama podróż do bajki. Samochodem, ale głównie pociągiem. To była prawdziwa przygoda. Specjalna atmosfera dwupiętrowego pociągu, który po machnięciu ręką przez nastawniczego odjeżdżał z trzeciego peronu głównego dworca w Kolínie.Po przejechaniu pierwszych kilku metrów przez głowę przemknęła mi myśl: "No to teraz jedziesz do domu". Można zapytać, gdzie to jest ten dom? Właśnie go opuszczałem. Słowo "dom" jest tu rodzajem metafory, która wyraża powrót do pewnych energii domowych, które znałem wówczas tylko z tego miejsca i okolicznych terenów wiejskich. Siedzę więc na siedzeniu pociągu, obok mnie torba z pakowanymi rzeczami, czekając, aż w końcu pojawi się komin elektrowni Chvaletice. W tamtym czasie elektrownia wydawała mi się dość przerażająca. Wszędzie słychać było buczenie, a z przewodów iskrzyła elektryczność. Był to pewien kamień milowy, który oddzielał świat miasta od świata baśni.

Dla mnie jednak stanowiło to pewien rodzaj ochrony, która swoją siłą powstrzymywała wszystko, co ciężkie po jednej stronie, a po drugiej pozwalała przejechać tylko pociągowi i jego pasażerom. Po chwili pojawiła się wizja wolności, za którą tak tęskniłem. Był to pewny znak przygotowań do odjazdu pociągu, który za chwilę miał zatrzymać się na stacji Řečany nad Labem. I tak się stało. Wysiadłem i poczułem upragniony spokój, ciszę i harmonię. Zgiełk wielkiego miasta ucichł, pośpiech i krzyki ludzi ustały, a wokół panowała czarująca cisza, przerywana od czasu do czasu śpiewem ptaków z pobliskiego lasu. Las ten był z pewnością magiczny, ponieważ znajdowała się w nim pewna brama, która oddzielała ten świat od innego.

Las za bramą był tajemniczy i głęboki. Łączył się bezpośrednio z początkiem Gór Żelaznych i nie odważyłem się wejść do niego sam w ciągu dnia, a co dopiero wieczorem. Smutny wygląd elektrowni Chvaletice sprawił, że zostawiłem tę cudowną bajkę za sobą. Stojąc na peronie, często powtarzałem sobie: "Może pociąg nie odjedzie, może tramwaj się zepsuje i będę mógł zostać tu przynajmniej do następnego dnia". Ale gdy tylko pociąg przyjechał i wsiadłem do niego, wszystko we mnie się skurczyło i wiedziałem, że nic nie mogę zrobić. Pociąg ruszył, a ja nie mogłem nic na to poradzić. Cały cykl zaczynał się od nowa. To były dwie perspektywy, które wywoływało we mnie to miejsce.

Wróćmy jednak do tej cudownej bajki, która była czarująca pod każdym względem. Tak wyglądało moje życie. Tutaj doświadczyłem, co to znaczy być wolnym, żyć tu i teraz. Zło, które mnie prześladowało, nie dosięgło mnie tutaj. Ściany domu dawały mi poczucie przebywania w niezdobytej fortecy. Nie było tu nikogo, kto by mnie poniżał i znęcał się nade mną. Wszędzie panował spokój i miałam stałe poczucie, że gdzieś należę i że mam jakąś wartość, przynajmniej przez krótki czas.

Wyobraź sobie, że masz bardzo stary, ale dobrze zachowany rower z dziwnym skórzanym siodełkiem z dużymi sprężynami. Kiedy natrafisz na najmniejsze wyboje, siodełko podskakuje i czujesz się, jakbyś jechał autobusem. W tamtym czasie rysowałem kredą znaki w określonych miejscach na ulicach, aby symbolizować przystanki autobusowe. Nie woziłem nikogo, ale cieszyłem się moim magicznym, szczęśliwym światem baśni, w którym mogłem przynajmniej na chwilę zapomnieć o tym, co mnie tak niewyobrażalnie przygnębiało, i żyć w harmonii z naturą. W ten sposób codziennie rano jeździłem na zakupy do lokalnego supermarketu, a moja podróż często trwała godzinę. Jako kierowca autobusu musiałem objechać wszystkie przystanki, a dopiero potem zaparkować pojazd przed wejściem do supermarketu. Często musiałam wymyślać wymówki, że sklepikarz nie ma towaru, który chciałam kupić, ponieważ... Jak mam to wyjaśnić? Był tam jeden duży supermarket i dwa mniejsze sklepy spożywcze. Bardzo dobrze znałem ten supermarket, ponieważ robienie tam zakupów było dość proste. Wystarczyło wybrać potrzebne produkty i wrzucić je do koszyka. Jednak pozostałe dwa sklepy spożywcze nie wzbudzały mojego zainteresowania. Czułem się tam jakbym był przesłuchiwany. Zazwyczaj za mną w kolejce stały starsze panie, czekające, aż skończę zakupy. Wolałem omijać to miejsce, wybierając okrężną drogę.

Okolica mojej bajki miała czarujący krajobraz. Pewnego dnia wybrałem się więc moim "autobusem" na wycieczkę do lokalnego stawu. Krajobraz zachwycał każdego. Woda była pokryta liliami wodnymi, pływały w niej karpie, w oddali śpiewały ptaki, a z brzegu rechotały żaby. Siedziałem tam godzinami, po prostu obserwując spokojną taflę wody mieniącą się w blasku zachodzącego słońca. Wyobrażałem sobie, że jestem kapitanem płynącym po otwartym morzu do miejsca, gdzie mieszkają zupełnie inni ludzie. Płynę szybko i jestem jedyną osobą, która ma łódź. Mam więc gwarancję sukcesu, że nikt mnie nie dogoni, a wszystko, co zostawiłem na brzegu, pozostanie tam. Kiedy od urodzenia mieszkasz w miejskim mieszkaniu, nie doświadczasz tego, co ludzie na wsi. Podlewanie wężykiem wieczorem. Dla wielu osób jest to całkowicie normalna i irytująca rzecz. Koszenie trawnika, gdzie masz okazję być w bezpośrednim kontakcie z naturą, wąchać zapach świeżo skoszonej trawy, którą następnie wyrzucasz gdzieś na pryzmę kompostową. Masz okazję doświadczyć, jak to jest sadzić sałatę i siać rzodkiewki.

Kiedy nadejdzie odpowiedni czas i lato przejdzie w jesień, kopiemy ziemię łopatą i stopniowo przygotowujemy wszystko na zimę, która wkrótce zapuka do drzwi. Wiesz, jak to jest grabić siano i układać je w stosy lub jak interesujące jest zbieranie ziemniaków z ziemi. Życie w mieście nie może Ci tego zaoferować.

Oczywiście życie nie było tylko sielanką i wakacjami na wsi. Często rekompensowałem sobie codzienne życie w mieście, które w tamtym czasie nadal było obowiązkową szkołą podstawową, obserwując krajobraz z okna, gdy dzień przechodził z popołudnia w wieczór. Inni mogli wychodzić z przyjaciółmi, co nie miało dla mnie większego sensu, więc miałem swój własny świat, w którym patrzyłem przez lornetkę z wieży mojego domu w kierunku mojej bajki. W tamtych czasach nie było aparatów fotograficznych z zoomem optycznym, dostępne były tylko zwykłe lornetki. Obserwowałem więc elektrownię Chvaletice, oddaloną o około dwadzieścia kilometrów w linii prostej, i zastanawiałem się, jak to jest być ptakiem.

Jak by to było, gdybym miał okazję wzbić się w powietrze i polecieć tam, gdzie tak bardzo chciałem być? Odlecieć od wszystkiego, co mnie przytłaczało, jak zbłąkany głaz przy drodze. Dzięki wieży widokowej, na której dorastałem, miałem okazję obserwować niebo i krajobraz w całej jego czterech pięknościach, ponieważ, jak to mówią, byłem w samym centrum akcji. W tamtym czasie uwielbiałem fotografować chmury i Góry Żelazne, które do dziś przyciągają mnie jak magnes. Moje pragnienie fotografowania chmur wynikało z dwóch rzeczy: tęsknoty za wolnością i pewnego dziwnego uczucia, które we mnie wywoływały. Dobrze znałem to uczucie, ale nie potrafiłem go wyjaśnić. Przypominało mi energię z mojej ówczesnej bajki, ale nie potrafiłem tego do końca zrozumieć ani określić. Wciąż pamiętam, że zainspirowało to mojego ówczesnego nauczyciela fizyki w szkole podstawowej. Postanowił stworzyć dużą tablicę ogłoszeniową w korytarzu, na której znalazłyby się zdjęcia krajobrazów i chmur. Nie wiedząc o tym wtedy, po około piętnastu latach pomysł ten stał się ważną częścią metody 111 Music.

Czas powoli mijał, dorastałem i przez lata mogłem poznać zioła amazońskie, homeopatię, biorezonans, Somavedika, chiropraktykę, a może nawet głęboką psychoterapię abreaktywną. Przez około pięć lat wypróbowałem wszystkie te metody na sobie i sprawdziłem, że wszystko działa w najdrobniejszych szczegółach. Tak więc zainteresowałem się tymi rzeczami, aż w ciągu następnych pięciu lat stopniowo opracowałem metodę 111Music. Ale zbliżamy się już do końca całej historii.

Na zakończenie chciałbym dodać, że niezależnie od okoliczności życiowych, nawet jeśli często wydają się one nie do zniesienia i bez wyjścia, proszę mi wierzyć, że na końcu tunelu zawsze jest światło. Nie należy panikować, ponieważ każda sytuacja ma zawsze rozwiązanie. Nigdy nie wiadomo, jaki zbieg okoliczności doprowadzi nas dokładnie tam, gdzie otrzymamy pomoc.